Wredna matka

Często spotykałam się z opiniami, że kiedy zostaje matką to jakby awansem kobieta  staje się „wredną matką”. Że jest niedobra, niekulturalna i itd. itp. Zastanawiałam się skąd to się bierze, bo osobiście nie spotkałam się z takim zachowaniem. Osobiście staram się nie zawadzać innym uczestnikom chodników, nie wjeżdżam wózkiem na dróżki rowerowe, do sklepu chodzę w godzinach, w których większość ludzi pracuje, w kościele siadam w krużganku, żeby Młody mógł swobodnie się poruszać, nikomu nie przeszkadzając.

Ostatnio jednak znalazłam się w dwóch sytuacjach, w których ktoś mógł o mnie pomyśleć, że jestem wredną matką.
Pierwsza z nich to komunia mojego kuzyna. Akurat tego dnia lało jak z cebra, więc opcja biegania przed kościołem nie wchodziła w grę. Kiedy usiadłam w ławce i wzięłam Misiastego na kolana – ten zaczął się wyrywać i krzyczeć. Dla świętego spokoju swojego i pozostałych uczestników mszy, pozwoliłam mu poruszać się w bocznej nawie. Zresztą nie był on jedynym dzieckiem, które sobie tam chodziło. Nie da się unieruchomić dwulatka! No nie ma takiej siły, opcji, zaklęcia magicznego. On musi się ruszać. Więc Misiek się poruszał, czasami coś się odezwał, ale na jego możliwości zachowywał się naprawdę cicho. Byłam z niego dumna, że sobie radzi. Jednej mamie to przeszkadzało. Akurat ze wszystkich dzieci upatrzyła sobie mojego Misia. Kiedy podszedł do przodu, ona się odwróciła i zaczęła „proszę zabrać stąd to dziecko”, i tak ze dwa razy, aż w końcu pękłam: „to pani może stąd wyjść”.
Może nie było to kulturalne, ale  jeżeli po kościele porusza się kilkoro dzieci, nikomu to nie przeszkadza, bo absolutnie nikt nie dawał takich sygnałów, a jedynie pani „blądynka” ma czas żeby się odwracać i patrzeć na dzieci i co chwila zwracać uwagę to niech sama wypada! Z całym szacunkiem, ale kościół jest miejscem publicznym. Bardzo, ale to bardzo pilnuję mojego syna żeby nie zakłócał niczyjego spokoju. Jeśli tak się dzieje, to zwyczajnie z nim wychodzę – nie mam z tym problemu. Tym razem mój syn i tak sobie radził – nowe miejsce, brzydka pogoda, a on tylko spacerował …  więc, odezwała się we mnie wredna matka. Aczkolwiek, moje przesłanie dotarło do pani, bo przestała się odwracać 😛

img_0128

Kolejna sytuacja, wtorek, dzień otwarty w Muzeum Lotnictwa Polskiego. W ramach atrakcji dnia, nie wsiadamy do auta, a jedziemy tramwajem. Wygodny, niskopodłogowy Krakowiak z miejscami na wózki. Misiasty jest zachwycony! Podjeżdża tramwaj, drzwi się otwierają, a na miejscu dla wózków pan i pani. Wsiadam do tramwaju i mówię grzecznie „przepraszam, ale to miejsce dla wózków”. Pani pobiła mnie wzrokiem. Rozglądnęłam się dookoła, było dużo miejsca, żeby sobie stanąć/usiąść/zawisnąć na poręczy. Nie, pani stała zbulwersowana. Nie skomentowałam, może powinnam. I tak byłam wredna, bo stanęłam na tym miejscu dla WÓZKÓW!!!
Osobiście baaardzo nie lubię takich sytuacji. Nie lubię tarasować przejścia wózkiem, tak zajmuję się synem, aby nikomu nie przeszkadzał, lub jeśli już „musi” żeby był to zakres minimalny. Wiem, że nie każdy lubi dzieci i że nie musi ich znosić i to też szanuję. Jednakowoż, gdy ktoś ingeruje znacznie w przestrzeń życiową moją i mojego dziecka – zwraca uwagę wtedy, kiedy nie powinien. Tak, wtedy staję się wredną matką i zaczynam rozumieć skąd to się bierze. Kiedy matczyna tolerancja na głupotę zostaje przekroczona, to wtedy matka wybucha i broni swojego dziecka. Dodam tylko, że nie chodzi mi o sytuacje, gdy matka jest przewrażliwiona i w ten sposób reaguje (to kolejna skrajność na inny wpis).

 

A Waszym zdaniem, jak to jest z tymi „wrednymi matkami”?

Leave a Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.