Poród w państwowej placówce szpitalnej

To jest tekst dla ludzi o mocnych nerwach. Jeśli jesteś wrażliwą lub delikatną osobą to czytasz go na własną odpowiedzialność!

….. a potem się dziwią, że kobiety nie chcą rodzić w Polsce.

Przychodzi ten moment, czujesz skurcze i już wiesz, że to za chwile spotkasz się ze swoim Maleństwem. Jak to wygląda w praktyce? Jesteś wielka i napuchnięta jak balon, ledwo się ruszasz a podczas skurczu nie jesteś w stanie chodzić. Przyjeżdżasz do szpitala, gdzie było dogadane że rodzisz, a tam otwiera drzwi przemiła pani i z uśmiechem na ustach mówi, że “nie ma miejsc”. Jak to? Wielki szpital akademicki w wielkim mieście i miejsc nie ma? – zapytacie. Ano nie ma. Mają UWAGA! 4 (słownie cztery) łóżka i już przyjęli sześć pacjentek. Toż to cudowne z ich strony …. Pani wypytuje mnie czym przyjechałam, odpowiadam, że autem …. na co ona, że to super bo mogę sobie pojechać do innego szpitala tylko poza miastem bo w WIELKIM MIEŚCIE we wszystkich szpitalach brakuje miejsc …. no chyba, że się wstrzymam z bólami to może coś się zwolni ….. Nie wiem czy czujecie dramat tej sytuacji. Ja mam auto, a co z kobietami, które go nie mają? Pogotowie? Hahaha jak dziewczyna zadzwoniła to jej powiedzieli, że i tak nie ma miejsc więc nie przewożą.

30 km za WIELKIM MIASTEM znalazłam szpital, w którym były miejsca i przyjmowali! I tu kolejna niespodzianka …. w zależności od zmiany ekipy pracującej danego dnia i w danych godzinach trafiasz na ludzi, którzy wiedzą co robią i pracują z powołania oraz na takich, którzy w zasadzie nie powinni pracować z i innymi….
Na samej porodówce nie ma dramatu. Chociaż cały plan porodu o dupę rozbić. Panie położne siedzą w kantorku i popijają kawę, kiedy mówię, że już nie daję rady – odpowiadają żebym nie dramatyzowała. I tak mnie przetrzymali do 22:00 kiedy to … przeszły mi skurcze. Przeszło, minęło. Koniec. W międzyczasie lekarz poinformował mnie, że mam jasną karnację (jak dobrze, że mi to mówi – nie miałam o tym pojęcia) i na pewno się wykrwawię podczas porodu (jasna karnacja = wykrwawienie na śmierć; gratuluję poczucia humoru).  Rozpoczyna się dla mnie trudny okres kiedy podpinają mnie pod kroplówkę w celu wywołania porodu. Po całym dniu skurczy jestem padnięta, zmęczona brakiem zainteresowania, brakiem informacji i przerażona tym co dzieje się z moim ciałem. W końcu odeszły mi wody a lekarz natychmiast zadecydował o cesarskim cięciu.
Cesarka czyli normalna operacja no dooobra, trochę bardziej niezwykła bo z wnętrza wyłania się nie wyrostek, nie kamienie nerkowe a prawdziwy mały człowiek. Poza tym jest bolesna po, jak wszystkie inne. Tutaj mały psikus, 10h po operacji “stawiają” na nogi z całym dobrodziejstwem inwentarza czyli: wenflonami w rękach, sączkiem w brzuchu …. A wszystko po to, żeby mama mogła zająć się samodzielnie maleństwem. I tutaj poczułam dwubiegunowość tej sytuacji. Wyobraźcie sobie, że w dół brzucha kopie Was ktoś z ogromną siłą po czym zakładają Wam szwy tak, że nie możecie się wyprostować (z tymi szwami to chcę Wam zobrazować co się czuje). Chodzicie zgięci w pół plus cały dobytek inwentarza plus rozwalający ból. Nooo i teraz Wasze ukochane, upragnione dziecko, które jest już z Wami i jest zależne tylko od Was. Czadowo, nie? Ból nie do opisania i Wasza kruszynka. Co robicie? No jak to co? Wbrew temu wszystkiemu odnajdujecie siłę aby zejść z tego wielkiego, wysokiego łóżka szpitalnego aby zająć się dzieckiem. Do dzisiaj nie wiem dlaczego takie łóżka są na sali poporodowej. Naprawdę nie da się na nim położyć bez akcji wspinaczkowej. Wyjście na to wyrko zajmowało mi dobre 5 min. Musiałam zebrać się sama w sobie, zaprzeć się aby się wciągnąć na nie. Kto coś takiego wymyślił? Serio jak rano się z niego zsunęłam, to wchodziłam na nie wieczorem.
Po cesarce dostaje się zastrzyki w brzuch (tak tak antybiotyk, w razie czego). Tego też trzeba pilnować. Panie położne się zmieniają i wygląda na to, że niekoniecznie się informują. Mnie chciała uraczyć 4 dawką. Dopiero po moim sprzeciwie sprawdziła, że faktycznie już jestem po ostatniej dawce.

A teraz coś na koniec. Na korytarzu tej zamiejscowej porodówki mój mąż spotkał zapłakaną dziewczynę, którą widzieliśmy wcześniej w szpitalu w wielkim mieście. Przenosiła ciążę i … niestety nie udało się uratować jej dziecka. Nie miała samochodu.

Powyższy tekst został napisany 24h po porodzie. Znalazłam go w telefonie – myślałam, że przepadł. Nie zmieniłam go, bo chcę aby osoby czytające miały szansę poczuć jak wygląda poród w Polsce. Z perspektywy czasu dziękuję Bogu za samochód, za to, że trafiłam na tę porodówkę za miastem i że było tam dla nas miejsce. Co bym zmieniła dzisiaj? Opłaciłabym swoją położną, która byłaby ze mną przez cały czas trwania porodu, która tłumaczyłaby mi co i jak, rozmawiała ze mną i w ten sposób wspierała. Jedno jest niezmienne – przeszłabym to wszystko jeszcze raz dla mojego synka. Natomiast nie będę ukrywać, że szpital i poród kojarzy mi się baaaaaardzo źle.

I jeszcze jedno – ten tekst nie ma na celu Was straszyć. Chcę Wam pokazać, że to jest do przejścia i efekt końcowy jest cudowny.

 

 

 

 

Leave a Comment