Las w słoiku

Moja przygoda z lasem w słoiku rozpoczęła się dosyć niefortunnie. W sobotę zażyczyłam sobie bukiet kwiatów na stół. Mąż podwiózł mnie pod małą, osiedlową kwiaciarnię. Wyskoczyłam z auta po bukiet i przekroczywszy drzwi kwiaciarni namierzyłam las w słoiku. Oczywiście swój zachwyt musiałam wyrazić głośno i wyraźnie – „Ojej jaki ładny las w słoiku”. I tutaj moja bajka się kończy bo pani natychmiast sprowadziła mnie na ziemię: „to nie las, to sukulenty w szkle”. Kurtyna.

W ten oto sposób pani wjechała mi na ambicję, poczułam, że ja chcę wiedzieć jaka jest różnica między sukulentami w szkle, a lasem w słoiku. Moje jękolenie zostało wysłuchane natychmiast, gdyż okazało się, że pani prowadzi różnego rodzaju warsztaty – takie robótki ręczne – i między innymi miały odbyć się te z robienia lasu w słoiku.

No oczywiście, że musiałam na to pójść. Oczywiście mogłam sobie kupić ten las w słoiku, ale możliwość poznania czegoś nowego, a potem opcja z chwaleniem się wszystkim, że „sama zrobiłam” była zbyt duża.

Kiedy przyjechałam na warsztaty dla każdego z uczestników był przygotowany pakiet: duży słoik, rękawiczki i zestaw roślinek.
Oprócz tego na stole czekał kermazyt ogrodniczy, ziemia do kwiatów, węgiel aktywny granulowany.


Pierwszy las w słoiku został wykonany/zasadzony w butelce 50 lat temu i do tej pory jest, istnieje i ma się dobrze.

Generalnie chodzi o to, żeby roślinkom stworzyć odpowiednie warunki do tego aby je podlać raz, a potem już patrzeć jak dzieje się magia.

Ale od początku. Słój dokładnie polerujemy/czyścimy papierowym ręcznikiem. Chodzi o to, żeby nie zostały nieestetyczne smugi. Następnie wsypujemy ozdobne kamyczki i rozkładamy je po brzegach. Na spód słoika wsypujemy kermazyt i garść węgla. To wszystko zasypujemy ziemią. Jesteśmy gotowi do sadzenia roślinek. Nie każda roślina nadaje się do posadzenie w takim słoiku. W sumie to jest ich niewiele: paproć, bluszcz oraz fitonia. Chodzi o takie odmiany roślin, które mają małe wymagania jeśli chodzi o podłoże i nawodnienie. Mech się nie nadaje, gdyż usycha po 3 miesiącach. A idea jest taka, że słoja nie otwieramy!

No to sadzimy małe szczepki roślin, zwracając uwagę czy roślinka nie jest przesuszona, uszkodzona itp. Wsadzamy zdrowe roślinki, potem można dodać jakieś dekoracje i …. nasze roślinki podlewamy określoną ilością wody. W moim przypadku było to: 40 ml. Tak, tylko tyle i aż tyle. Po czym pucujemy ostatni raz szkło w środku i zatykamy korkiem.

Idea jest taka, że odpowiednio przygotowane podłoże i ilość wody krąży sobie w tym mikroświecie jakim jest słoik. Można zauważyć kropelki wody na ściankach słoja. Nie ruszamy! Nie wycieramy tego!

Teraz mój słoik przechodzi miesięczną kwarantannę. To oznacza, że ustawiłam go w miejscu gdzie ma dopływ światła, przekręcam go co jakiś czas i obserwuję czy roślinki nie chorują. Podczas tego miesiąca w razie czego, można otworzyć słoik i np. odciąć suchą część roślinki. Ale to tylko w razie konieczności.

Podobno wielu klientom nie podoba się, że woda krąży po słoju i osiada na ściankach, czasami słoik może zaparować. Wielu ludzi dziwi się, czemu mech się nie nadaje (bo on kojarzy się z lasem). Owszem fajnie wygląda przez 2 miesiące, ale w trzecim usycha. Jest to celowe działanie marketingowe, aby niezorientowani ludzie kupili go, żeby im usechł i żeby potem przyszli po kolejny. No ale tego nam przecież nikt nie powie. Mój las też może uschnąć, bo wszystkiego nie jesteśmy w stanie przewidzieć.

W każdym razie dzisiaj nie dam się zrobić na szaro a …. i odróżniam sukulenty w szkle od lasu w słoiku 😉

Leave a Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.