EOS – kosmetyki z Ameryki

Jakiś czas temu pod nasze strzechy trafiły amerykańskie kosmetyki EOS. Dlaczego to takie ważne skąd przybyły? Bo odnoszę wrażenie, że mit „american dream” wciąż istnieje i ma się dobrze. Sporo dziewczyn czekało na te kosmetyki jak na objawienie. Ale czy faktycznie?

Moja przygoda z EOSem rozpoczęła się od balsamu do ciała. Evolution of Smooth – Berry Blossom trafił do mnie z promocji w Lidlu. Tak, tak. Stał sobie na półce przy kasie jako produkt w promocji. A, że ja wciąż szukam balsamu idealnego, to go zgarnęłam na taśmę. Upolowałam go za 19,99. Jak na EOS to całkiem przyzwoicie. To teraz przejdźmy do samego balsamu. Już samo opakowanie jest przyjemne dla oka. I chociaż nie przepadam za produktami w kolorze Barbie, to ten jakoś tak cieszy moje oczy. Więc butelka bardzo ładna, chociaż … jest dosyć sztywna, co oznacza, że gdy będę wydobywać resztki balsamu wszyscy to usłyszą. Dlaczego? Bo będę się tłukła tym opakowaniem, żeby balsam spłynął. Sam balsam należy do tych o bogatej formule, gęstszych, co mnie akurat cieszy, bo ja takie lubię. Zapach jest … jagodowy, słodki, ale bardzo przyjemny i nie chemiczny – czego nie znoszę. I stosunkowo długo utrzymuje się na skórze. Sam balsam chociaż gęsty, całkiem szybko się wchłania, pięknie pachnie i pozostawia skórę nawilżoną. Jest przyzwoity, chociaż mam wrażenie, że jeszcze czegoś mu brakuje. Tak więc: nie jest zły, ale za to idealny też wcale nie. Jest dobry i myślę, że warto przynajmniej raz go wypróbować.

Po przygodzie z balsamem do ciała, postanowiłam wypróbować krem do rąk. Tutaj decyzję podjęłam dosyć szybko. Potrzebowałam małego opakowania kremu do rąk, takiego do pracy. Ten miał bardzo ciekawe opakowanie i wiedziałam jak będzie pachniał. Tutaj znowu: piękny zapach, krem się szybko wchłania i nawilża. Idealny do kobiecej torebki, warty uwagi.

Na sam koniec trafił do mnie produkt kultowy – balsam do ust zamknięty w … kulce? jajku? (opinie są podzielone). Balsam nawilża i odżywia usta, ma przyjemny słodki smak (milion razy lepszy, niż smakowa pomadka z dzieciństwa). Jeśli chodzi o jego działanie to miałam lepsze. Natomiast jego atrakcyjne opakowanie sprawia, że często po niego sięgam i smaruję usta. Więc cel sam w sobie został osiągnięty. A jak wiadomo częste smarowanie sprawia, że usta są nawilżone. Jeśli o mnie chodzi, to będę wracała do tego produktu. Ciężko jest mi się zmobilizować do regularnego smarowania ust pomadką. A to opakowanie i przyjemny smak sprawiają, że się pilnuję. Więc cel – nawilżone usta – został zrealizowany.

Amerykański „American Dream” okazał się owszem, dobrymi kosmetykami w ładnych opakowaniach ale … bez szału. Ich kultowy produkt- balsam do ust – polecam Wam najbardziej.

Leave a Comment